A jakby tak, wszystkie banki?


[*]

Żeby nie było - coś o mnie i narracji. Więc tak - święta spędziłem w takim otoczeniu:



Jak wyszedłem na powierzchnię - to ujrzałem:


I przez moment miałem nadzieję, że wybuchła rewolucja, że było tak jak, w Berlinie, w Paryżu, w Atenach. Jednak w sklepie z kratą odgradzającą mnie od starszej pani zamiast koktajlu mołotowa kupić można było tylko czystą.


Wczoraj nie było Wikipedii. I choć dłużej zajęło mi znalezienie informacji o losach załogi Star Trek New Generation, to moje życie nie stało się wiele uboższe. Może smutek mnie ogarnął, że to nie wyłączyli polską wiki, a anglojęzyczną, i nie na dzień, a na zawsze? 
Nagłówki z tabloidów elektronicznych krzyczały - KONIEC WIEDZY! Zaś po cichu, rewolucja przyszła, i będzie aplikacją na ipada. Nazywa się iBooks Author i wraz z iTunesU ma być pełnym środowiskiem do przyswajania wiedzy. Czy się przyjmie? Nie wiem, ale zapowiada się wreszcie, że wraz z wizją na edukację elektroniczną będą szły pieniądze. Może wreszcie będzie można pozbyć się tych zakurzonych antyków?

No chyba jednak uzbroję się w widły i pochodnie. Ktoś ma zrobić ponowną ekranizację American Psycho. I w dodatku jest to raczej pewne. Kluczem ma być odczytanie tego w kontekście kapitalizmu końca lat zerowych i może #ocuppywallstreet. I kurcze smuteczek podwójny - po raz - ktoś zamiast wydać pieniądze na coś innego to wydaje na coś co widzieliśmy w formie niemal doskonałej, a dwa to, że  brakuje pisarza, który dostarczy materiał równie silny co Ellis w latach 90 do opisy poprzedniej dekady. Szfak, gdzie jest pisarz, który sportretuje lata zerowe, a raczej ich schyłek? Bo początek to oczywiście William Gibbson.
A smuteczek związany z American Psycho zwalczam Milsem Fisherem i jego homagem dla świetnego filmu. To i wam drogie dzieci polecam.


ahhhhhhhhhhhhhhhhhhhh

35 minut szczęścia (na razie - w sumie ma być kilka godzin dźwięków). Reznor znów robi soundtrack do obrazków Finchera. Remake adaptacji książki Larssona, brzmi fatalnie, ale te dźwięki zmiksowane z zimowymi krajobrazami?


Najlepiej jak się pisze o sobie. Totalnie. Jak byłem przeciwnikiem nurtu biograficznego, to teraz jednak może już mniej. Skłaniam się do przyjęcia tezy, że to jest jednak ważny klucz do odczytania intencji narratora. Ale póki nie zakochuję się miłością fanboya, to raczej nie wnikam w relacje osobiste, które kształtowały powstanie dzieła. Może to też nie jest prawda, wolę wiedzieć czy autor jest lekko zbzikowany, czy też kompletnie odjechał mu peron. Ale ja naprawdę nie lubię biografii, autorzy biografii są najczęściej wyrobnikami, którzy korzystają z celebrytyzmu - dostają zaliczki i piszą historie o dzieciństwie, szkole, związkach i pracy. Z autobiografiami jest już lepiej, można potraktować narratora jako niewiarygodnego narratora i bawić się grą literacką, ale jeśli nie jest się Agatą Christie to słabo wychodzi. Są jakieś warte przeczytania autobiografie?
Ale do rzeczy - błąka mi się po głowie kwestia niewiarygodnego narratora, ironicznego twórcy. Może to pozostałości po gonzo? Może to moja narracji na rok 2011? Ale w listopadzie spaja się to wszystko w trzy nazwiska. Grant Morrison, Umberto Eco, Michał Witkowski.

1. Jak na razie - totalnie rozwalił mnie AnimalMan - Granta Morrisona. Pełne po-mo z lat 80, przebicie 4 ściany, zabiegi metanarracyjne. Wzruszający zeszyt z Kojotem ( tak, tak, przepisana na nowo historia Kojota, który próbuje złapać Strusia), z ładnym metafizycznym twistem. W dodatku postacie, które żyją - w sensie emocjonalnie daję faka za ich losy. Myślę sobie - wow Morrison jesteś super koleś - ale ten okultystyczno-mistyczny odpał? Przebolałem Alana Moora, przeboleję też to.

2. Na trzy dni przykleiłem się do XIX wieku - Umberto Eco zrobił mi coś co lubię bardzo-bardzo - przypiął mnie do rollercostera i przejechałem się po XIX wiecznym świecie idei. Najlepsza rzecz od czasu mojej ukochanej książki, Wahadła Foucault, Cmentarz w Pradze. Świetny główny bohater, doskonała zabawa polifonią narracji - Simonini, duchowny i wreszcie wiarygodny narrator (w sumie otrzymujemy trzy powieści), oraz wykład jak można nienawidzieć - sercem i umysłem. Właśnie to, nienawiść - najpiękniejsza w książce Eco jest wiwsekcja tego, jak buduje się nienawiść, jak buduje się politykę wykluczenia. Polityka i popkultura idą ramię w ramię - jak jedno napędza drugie. Jak świat staje się kompletnie nieprzejrzysty.
3. No i Witkowski - jej, zapowiada się pierwsza książka Michaśki, którą wciągnę bez żadnego ale, bez hajpu i w ogóle. Totalnie. Drwal. 

No i ten niewiarygodny narrator:

Czytając "Marthę Washington" Franka Millera i Dava Gibbonsa, z każdą kolejną przygodą miałem wrażenie, że czytam coś kompletnie głupiego. Choć początek był wielce obiecujący, ciekawe postacie, szybko ewoluujący szafarz cyberpunkowy, celna satyra społeczno-polityczna. I choć sam Gibbons przyznaje, że utrzymanie tego ponurego klimatu pierwszych zeszytów sprawiało, że praca nad kolejnymi zeszytami przypominała pracę nad światem podobnym do Strażników, a właśnie Martha Washington miała być ucieczką od ponurego klimatu polityki ekonomicznej Regana (Reganomica) i widma nuklearnej zagłady. Wówczas Miller i Gibbons podje li decyzję - więcej groteski. I choć kilka pomysłów jest całkiem zabawnych - w tym morderczy Naczelny Lekarz Ameryki, to ostatnie opowiadania wywołują już zwyczajnie mdłości. Aż do momentu kiedy pisząc Nową Amerykańską Rewolucje Miller składa hołd Ayn Rand, czyli honoru, kompetencji i egoizmu. Oczywiście pojęcia honor i kompetencja są używane do legitymizacji własnych działań i delegitymizacji działań przeciwników, a egoizm jest traktowany śmiertelnie poważne, coś jak motto Gordona Geeko, który mówi - chciwość jest dobra. I Miller tworzy wizję azylu do najbardziej kreatywnych i twórczych ludzi na świecie. Z tego już dawno się śmialiśmy wraz z Douglasem Adamsem, który opisywał planetę, która pozbyła się kilku profesji ze swojej planety, w tym czyścicieli słuchawek telefonicznych, po czym planeta wyginęła na epidemię spowodowaną nienależytą konserwacją telefonów. I cała ta sympatia do Franka Millera nagle uleciała. Nagle 300 stało się tylko faszystowskim pamfletem, Sin City nostalgiczną fantazją, nie zaś hołdem dla noir w sztuce, Batman płaską historią o samodzielnym wymierzaniu sprawiedliwości, w świecie, w którym system nie działa.

I mój zakończony romans z Frankiem Millerem wymagał epilogu, dostarczył go on sam. W sieci pojawił się rant na Occupy Wall Street. I tu nawet nie chodzi, że nie podoba mu się ruch OWS. Miller używa argumentu wojny z terrorem (w 2011!) i obraża swoich fanów. Z taką wypowiedzią trudno polemizować, to naładowana złymi emocjami wypowiedź fundamentalisty, któremu przeszkadzają fakty, więc je pomija. Choćby to, że wśród uczestników OWS są także weterani wojny w Iraku i Afganistanie, a protest ma podłoże ekonomiczne, nie zaś kulturowe.

Starsze posty